czwartek, 28 sierpnia 2014

•†✡• wicket awaking the dead his scream •✡†•

Czasem boję się o świat
Czasem jest mi wstyd za nas wszystkich
Gdy unosisz się na swych wszystkich emocjach
Wyświetlając te dobre i złe
Czy kiedyś poznamy odpowiedź na pytanie, czym jest życie?
Czy naprawdę możesz mi powiedzieć, czym życie jest?
Może wszystkie rzeczy, które są ci drogie
Zostaną zabrane przez rękę losu 
Gdy wydaje ci się, że wykorzystaliśmy już wszystkie szanse
I szansę na to, by wszystko naprawić
Popełniaj dalej te same błędy
Czyniąc prostym naruszenie równowagi
Gdy żyjemy nasze życia na krawędzi
Zmów modlitwę na księgę umarłych 
 ✘✘✘✘
        Otworzyłam oczy i odczekałam kilka chwil,  aż mój umysł zacznie prawidłowo działać. Spojrzałam do góry prosto w przesiąknięte błekitem niebo. Potem odwróciłam się stronę przyjaciela, którego włosy błyszczały w ostrym świetle dnia. Jego twaz nie wyglądała jak zwykle - nie była spokojna i niewzruszona troskami życia. Wyglądała tak jak wtedy, kiedy miałam 10 lat i chcąc zrobić mu na przekór weszłam na sam czubek ogromnej jabłoni. On wiedział, że spadnę i tak się stało - była zmartwiona i wściekła za razem.
        W tej sytuacji nie skończę marnie, nie dam się zapędzić w kozi róg, i nie będe wierzyć ludziom, którym siadła psychika. Pewnie coś przeciekało w piwnicy i nie dało się tego naprawić, a oni zamiast to naprawić, woleli upozorować wypadek, bądź chorobę psychiczną, by dostać odszkodowanie i wyprowadzić się z tej nory, ale widoczie cos poszło nie tak.
◉◉◉◉
        Dochodził wieczór. Słońce już za chwilę miało schować się za choryzont i na płółkuli miał zapaść zmrok. Niebo było czyste, dzięki czemu, każda gwiazda była widoczna,a sam jego kolor powoli ciemniał. Ulica oświetlona tylko przez kilka latarni wydawała się być jak z horroru. W powietrzy czuć było już swąd spalenizny, chociaż do bramy 'domu morderstw' na oko dzieliło mnie około jeszcze 120 porządnych kroków. Stukot butów roznosił się po opustoszałej okolicy. No tak, kto chciałby z nikąd napotkać faceta bez oczu, a następnego dnia być znalezionym gdzieś w jakimś rowie, w stanie śmierci. Rozumiem, gdyby po okolicy ganiał maniak wymachujący siekierą na prawo i lewo, ale bać się czegoś co prawdopodobnie; mała poprawka - co napewno nie istnieje? 
        Stojąc przed zardzewiałym ogrodzeniem po moich plecach przebiegł zimny dreszcz. Objęłam się ramionami próbując wytworzyć w koło nich trochę ciepła, żałując, że nie przebrałam się i stałam tam w cienkiej bluzce na ramiączka i szortach. Skarciłam się w myślach i przebiegłam dłońmi po metalowych drutach, były lodowate niczym sople lodu. Włączyłam latarkę, którą ciągle była mocno trzymana w mojej dłoni. Światło rozbłysło oświetlając drogę i z łatwością mogłam namierzyć kłódkę. 
        Ujęłam ją  ręką i mocno szarpnęłam, a ta rozsypała się na kawałki. Cóż nie mogła inaczej, przecież była nie ruszana od lat, a rdza tylko mi to ułatwiła. Podczas otwierania furtka skrzypiała tak panicznie głośno, że mogłaby obudzić zmarłego...
        Nie mówię, że tego nie zrobiła...
†▲▼†▲▼†▲▼†▲▼†▲▼†▲▼†▲▼†▲▼†▲▼†▲▼†▲▼†
CZYTELNIKU PRZEBRNIJ PRZEZ TE PIERWSZE - NIEKONIECZNIE CIEKAWE ROZDZIAŁY
Następny rozdział za nami :) Miał sie on pojawić wczoraj wieczorem, ale kochany tato zabrał mi komputer. Mniejsza z nim (:
Dzisiaj obyło się bez dialogów i nie wiem czemu miałam wielką ochotę stawiać wszędzie 'XD' Chyba podali mi za dużą dawkę leku ;_;
STOP IT!
Demmit mój mózg jest przeciążony hitoriami mojego brata wybaczcie mi :S
___________________
Drugi rozdział jest trochę dziwny... Whatever :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz